index.html

Bolero zatańczone w łóżku

Po obejrzeniu "Bolera", sztuki, której premiera odbyła się w sobotę w kieleckim teatrze, panowie mogą mieć obawy przed pójściem do łóżka z kobietą. Jak bowiem wynika z jej treści, w łóżku panie załatwiają przede wszystkim interesy, sprzedają i kupują, za coś się odgrywają lub udowadniają.

Czeski dramatopisarz Pavel Kohout pokazał w krzywym zwierciadle świat współczesnych yuppies, młodych dobrze wykształconych (w większości), pochłoniętych pracą ludzi, którzy zdobywaniu celów podporządkowali wszystko, a związki z innymi traktują bardzo instrumentalnie. Zdrada i manipulacja są tu na porządku dziennym. Sztuka skonstruowana jest narastająco, tak jak utwór muzyczny i w kolejnej scenie pokazuje się bohater poprzedniej i ktoś nowy, pikanterii dodaje fakt, że wszyscy to osoby z tego samego środowiska.

Po trzech pierwszych scenach zamysł Kohouta robi się czytelny i kiedy kolejna bohaterka przedstawia się jako uprawiająca wolny seks z poznanymi przez Internet panami - zawsze tylko raz i co tydzień z kim innym, można się domyślić, że w następnej scenie poznamy ją jako spokojną żonę a w kolejnej, to nie ona a mąż okaże się skończonym łajdakiem. Trochę to nużące jednak miłośnicy czeskich komedii nie zawiodą się, Kohout tworzy postacie barwne, soczyste a dialogi skrzą się dowcipem. Minister Milan na zarzuty żony, że nie sypia z nią od dwóch miesięcy stwierdza, że jest impotentem urzędniczym a Hermina, wykorzystana i niekochana bogata żona podsumowuje swoje dotychczasowe życie: porządna kobieta nic sobie w tym życiu nie użyje. Jej rozmowa z młodym kochankiem - ustalanie zasad ich spotkań, porównane do tworzenia biznesplanu dla nowej inwestycji, to słowny majstersztyk.

Gdyby pokusić się o ocenę bohaterów "Bolera" to o panach należałoby mieć jak najgorsze zdanie - nie ma nawet jednego prawdziwego faceta, chociaż każdy jest z jajami. Świetnie w roli Thomasa - gruboskórnego pasożyta wypadł Paweł Sanakiewicz. Po stronie pań jest jedna uczciwa i kochająca, która męża dupka zdradzić nie potrafi - Anna (Marzena Ciuła). Jednak szkoda, że autor kazał jej do końca wspierać go zamiast zaproponować jakąś zaskakującą puentę. Więcej sympatii wzbudzają: opuszczona żona Marta odgrywająca się na mężu i kochanku i Hermina. Zasługa to z pewnością pań: Beaty Pszenicznej w roli Marty, żony ministra i Beaty Wojciechowskiej, którą pierwszy raz oglądamy na kieleckiej scenie a której bardzo udanie partneruje także debiutant Michał Węgrzyński w roli Chrisa.

Brawa dla Jana Polewki za scenografię, oszczędną, ale jakże sugestywną. Ogromne łóżko w centrum sceny zmienia się za każdym razem a zebra ze świecącym okiem w garsonierze jednego z panów jest pięknym symbolem nowobogackiego kiczu.

I tylko ostatnia scena w jest dla mnie niezrozumiała: wszyscy bohaterowie ubrani w karnawałowe maski, zastygli w pozach a później wznoszący toast. Można do niej dołożyć z dziesięć interpretacji, tylko po co?

Lidia Cichocka, Echo Dnia 14.