|
"Nie igra się z miłością"
Jeżeli artyście uda się powiedzieć coś nowego o rzeczach, które niczym nowym nie są, wtedy staje się wybitnym twórcą - tak to najczęściej bywa. Pavel Kohout - czeski dramaturg - nie dość, że temat swojej komedii wybrał najmniej odkrywczy - męsko-damskie relacje podszyte fałszem i ich konsekwencje, to na dodatek oparł się na sprawdzonym wyśmienicie pomyśle Artura Schnitzlera sprzed stu laty, by połączone ze sobą pary łączyły się dalej w złowieszczym korowodzie. Sztuka Kohouta nie jest więc w żaden sposób odkrywcza, ale nie o to tu chodzi, bardziej o gogolowskie "Z kogo się śmiejecie?", bo przecież każdy dorosły człowiek, każdy widz kieleckiego przedstawienia, w którejś postaci odgrywanej na scenie jakąś część siebie odnajdzie - niestety.
A postaci są różne - trzeba przyznać Kohoutowi, że napisane doskonale, dające aktorom możliwość stworzenia całkiem barwnych kreacji. W kieleckim przedstawieniu większości aktorów się to udaje. Kolejny raz doskonałą rolę stworzył Paweł Sanakiewicz. Jako podstarzały lowelas Thomas śmieszy autentycznie i jego bolesna porażka nikogo nie martwi. Bardzo przekonujące role stworzyli nowi młodzi aktorzy - Bogusław Kudłek jako Wiktor i Michał Węgrzyński jako Chris. Pierwszy grający słabiutkiego mężczyznę - hazardzistę, tchórza i kłamcę, zaś drugi nieśmiałego studenta, który w istocie jest sprytną męską prostytutką. Niezłe role widzieliśmy w wykonaniu aktorek, poza tym, że widzieliśmy je w pełnej krasie - cóż to oznacza - nie powiem, trzeba po prostu wybrać się do teatru. Kolejny raz muszę pochwalić Beatę Pszeniczną - jej Marta - żona ministra - to świetnie odegrana - podwójna rola. Ta podwójność wynika z konstrukcji komediowej fabuły - wszystkie dramatis persone są niejako podwójne - prawdziwe w autentycznych uczuciach i fałszywe w interakcji, grze z partnerem. Beata Pszeniczna swą grą doskonale pokazuje dwie różne kobiety mieszkające w jednym, i to jakim, ciele. Poradziła sobie z chorobliwą dwoistością postaci Valeski Aneta Wirzinkiewicz, świetnie zagrała po raz pierwszy na kieleckiej scenie krakowska aktorka Beata Wojciechowska /Hermina/. Jednak mimo dobrej gry całego zespołu wyraźnie brakowało w sztuce komediowego tempa. Drażniły też szczegóły, powiem nawet szczególiki, ale jak wiemy, w nich diabeł jest ukryty. Publiczność śmieszyły nieudolne próby otworzenia szampana - tu bym nie oszczędzał i jednak kupił na rzecz spektaklu kilka kartonów lekkiego musującego wina, zsynchronizował też bardziej dźwięki telefonów komórkowych z działaniami aktorów, ale jak mówię, to tylko szczególiki, bardziej niepokoi tempo zmian scen, które w przypadku tej komedii powinno być jak najbardziej farsowe, a nie jest.
Sztukę obejrzeć trzeba, by samemu z siebie się pośmiać, o ile nie nosimy rzecz jasna w sobie pruderii i świętoszkowatości, pośmiać i trochę zastanowić, wszak niewinne zdawałoby się flirty, zdrady i romanse, niewinne są tylko z pozoru. Gra dobra jest tylko w teatrze, zaś w teatrze życia lepiej nie udawać. Chyba też tak należy odczytać finałową scenę przedstawienia, gdy wszystkie postaci pojawiają się w karnawałowych maskach - jednak gramy, jednak chcemy być anonimowi, tak jest bezpieczniej, taka jest nasza natura, musimy jednak pamiętać, że wybierając rekwizyty do naszej gry, jeden jest niezwykle niebezpieczny - nie igra się z miłością.
Ryszard Koziej
Radio Kielce S.A.
emisja w programie "Rezonans" 14.01 godz. 21.10.
|
|