|
Śmiech strachem podszyty.
„Choinka u Iwanowów" to jeden z tych spektakli, które zwykło się nazywać wydarzeniami sezonu. Zachwycający swą plastycznością, chwilami dziecięcą wyobraźnią i równocześnie przerażający w swej wymowie. Reżyserce Marii Spiss udało się zrobić to, co w teatrze według Oberiu jest najważniejsze - zaskoczyć i zainteresować widza.
Spektakl zaskakuje wszystkim. Interesującą formą, chwilami przywołującą na myśl teatr marionetkowy, w której kieleccy aktorzy - pozbawione emocji lalki -doskonale się odnajdują, w której - co można było zauważyć już od pierwszych chwil spektaklu - dobrze się czują. Pomysłową scenografią i kostiumami autorstwa Łukasza Błażejewskiego, które tę formę dodatkowo uwypuklają, wielokrotnie w swej stylistyce odwołując się do dziecięcej wyobraźni (m.in. kostiumy występujących w sztuce zwierząt) czy pozytywki z czasów dzieciństwa (część akcji rozgrywa się jakby w szkatułce). I tym, co zawarte w tekście, a więc zabawą słowem oraz groteskowymi sytuacjami.
„Choinka u Iwanowów" rosyjskiego poety Aleksandra Wwiedienskiego, należącego do rosyjskiej awangardowej grupy Oberiu, to absurdalna historia rosyjskiej rodziny Puzyriewów. Przed świętami Bożego Narodzenia dochodzi w niej do morderstwa - niańka odrąbuje głowę trzydziestodwuletniej dziewczynce. Zbrodniarka trafia na policję, następnie do domu wariatów, jest sądzona i skazana na śmierć. Tyle fabuły, która w spektaklu nie jest najważniejsza. Ważniejsze jest to, co między wierszami, co ukryte pod igraszkami słownymi, żartem, zabawą formą. Ból, przerażenie, przekonanie o zagładzie ówczesnego świata. A jest to świat, w którym coraz częściej mówi się o walce klas, w którym niszczona jest struktura społeczeństwa, w której dobrze sytuowane rodziny ulegają unicestwieniu (wszyscy Puzyriewowie umierają), a prosty drwal zostaje nauczycielem łaciny. To też świat, w którym artysta, który - jak Wwiedienski - nie podporządkowuje się jedynej słusznej ideologii, nie zachowuje się jak marionetka, którą można dowolnie sterować, ginie bez śladu.
Tekst i jego adaptacja to zbiór dziewięciu krótkich, dynamicznych i nie zawsze ze sobą powiązanych scen, w których widz razem z bohaterami się cieszy, razem z nimi odczuwa ból, a nawet nudzi się wtedy, gdy oni się nudzą (w nieco przydługiej scenie nocnych odwiedzin drwala u służącej). Wśród nich są perełki, takie jak zabawna i równocześnie przerażająca scena w domu wariatów czy sąd nad niańką. Maria Spiss udowodniła też, że ma rękę do obsady. Wszyscy aktorzy odnajdują się w swych rolach, są wiarygodni. Trafionym pomysłem było obsadzenie w roli rocznego chłopczyka Krzysztofa Wieczorka, charakterystyczni są Teresa i Mirosław Bielińścy, niesamowity zaś Dawid Żłobiński w roli sądowego sekretarza, relacjonującego sprawę Kozłowa i Osłowa.
Dobrana przez reżyserkę muzyka jest różnorodna i w zamyśle ma oddawać klimat, ale czy na pewno oddaje? Dobrana dość nieszczęśliwie i bez konsekwencji zaciemnia widzowi obraz Rosji i tamtych lat. Na muzykę składają się bowiem tak odległe formy jak: śpiewy cerkiewne czy „Bubliczki" z gatunku rosyjskiej muzyki klezmerskiej. Ciekawy jest natomiast kanon, wykonany przez czwórkę aktorów w jednej ze scen.
Wybierając się na „Choinkę u Iwanowów" byłam pełna obaw. Odległa w swej stylistyce awangarda i to na dodatek rosyjska wydawała mi się mało zrozumiała, bo cóż widz urodzony w czasach, gdy komunizm przechodził do historii, a o totalitaryzmie uczył się od Orwella, może odczuć z grozy czasów totalnego zniewolenia? Obawy prysły po pierwszych minutach spektaklu. Maria Spiss, dramaturg Tomasz Kireńczuk i aktorzy sprawili, że to, co działo się na scenie nie tylko trafia do młodego człowieka, nie tylko staje się dla niego interesujące i bliskie, ale co najważniejsze skłania do refleksji.
Monika Rosmanowska
|
|