|
Plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi
Postmodernistyczne jest sięganie do źródeł nie bezpośrednio. Źródłem jest romantyczny, czyli w założeniu niesceniczny, dramat Mickiewicza. Pośrednikiem jest sceniczna wizja owego dramatu przygotowana 106 lat temu przez wizjonera sceny - Stanisława Wyspiańskiego - największego z polskich modernistów. Wreszcie postmodernistyczny jest pomysł reżysera kieleckiej inscenizacji - Piotra Jędrzejasa - by dramat i wizja w czasach nam współczesnych połączyły się w przekonujący przekaz skierowany do człowieka żyjącego na co dzień pozornie daleko od romantycznej miłości i romantycznych snów o wolnej Polsce. Czy to się udało?
I tak, i nie. Ludzie bywający w teatrze "Dziady" Mickiewicza raczej znają, więc kielecka premierowa widownia /w większości bywająca w teatrach/ konfrontowała sceniczny przekaz z wcześniejszymi realizacjami, albo po prostu z lekturą, niezależnie od wykorzystanego tutaj gotowego scenariusza Stanisława Wyspiańskiego. Chwała Piotrowi Jędrzejasowi, że po ów scenariusz sięgnął, na ile dostosował go do naszych wrażliwości, to rzecz inna.
Spektakl jest bardzo nierówny, obok scen wspaniałych, pojawiały się epizody nieprzemyślane i psujące efekt całości i nie winię o to Wyspiańskiego, bardziej reżysera i aktorów. Przede wszystkim nierówny jest odtwórca głównej roli Gustawa-Konrada - Bogusław Kudłek. Sprawdził się bez wątpienia w pierwszej części, jako romantyczny kochanek, tu był bardzo przekonujący i naturalny, poległ jako spiskowiec wadzący się z Bogiem. Kluczowa w dramacie scena "Wielkiej Improwizacji" to w jego wykonaniu "wielkie nieporozumienie", nie widać w grze aktora absolutnie najważniejszego w dramacie przeistoczenia się z Gustawa w Konrada. Życiowe za to kreacje stworzyła w spektaklu przynajmniej trójka aktorów: Paweł Sanakiewicz jako Ksiądz i Ksiądz Piotr pokazał jak mówić romantycznym wierszem naturalnie i współcześnie, jak wykorzystać swój aktorski warsztat, by zagrać jednocześnie słowem, gestem i mimiką, to kolejna, jeżeli nie najlepsza jak dotąd, rola tego doskonałego aktora w kieleckim Teatrze. Kolejną wielką rolę stworzyła Ewelina Gronowska, jako Czarny Duch, Lokaj i Dziecko. Świadomie piszę jedną rolę, bo odgrywane przez nią trzy postaci, są w istocie jedną i ten zamysł reżyserski okazał się doskonały. Zmienność postaci, ich groza, ich odczuwalne napięcie powodują, że poddając się grze aktorki, po plecach widzów mogą przechodzić ciarki. Wreszcie wspaniały jest Hubert Bronicki w roli Senatora i jeżeli sama scena "Balu" nie zachwyca, tak postać przezeń grana, z czarną wampiryczną i trupią szminką na ustach jest aż nadto demoniczna. Trzeba wymienić jeszcze inne świetne role - Teresy Bielińskiej jako Pani Rollinsonowej, Beaty Pszenicznej jako Widma czy Dawida Żłobińskiego w roli Guślarza. Sprawdziła się w tym przedstawieniu zasada, że świetni aktorzy "podciągają" niejako w interakcji swoich kolegów. Stąd bez wątpienia najlepszą sceną w spektaklu jest scena "Egzorcyzmu" w wykonaniu Pawła Sanakiewicza i Eweliny Gronowskiej - istny majstersztyk, wciąż mam ją przed oczyma, no i "Obrzęd Dziadów", coś jakby z eksperymentów teatralnych Jerzego Grotowskiego.
Bardzo pomaga spektaklowi muzyka Michała Górczyńskiego, wyraźnie budująca zmienny nastrój poszczególnych scen. Dobra, bo oszczędna, czyli pozwalająca zaistnieć aktorom, jest też scenografia Marcina Chlandy.
Widowisko trwa trzy godziny, są to trzy godziny mocnego i inspirującego przesłania, że duch romantyczny jednak w nas jest, że : "Nasz naród jak lawa, Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa; Lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi, Plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi."
Ryszard Koziej
Radio Kielce SA
|
|