|
„Jak się nie ma prawdziwego życia, żyje się mirażami” - Antoni Czechow
Przedstawienie z powodzeniem grane od dwóch lat, głównie w Krakowie na własnej scenie Teatru Nowego, który jak sama nazwa wskazuje jest rzeczywiście nowy, założony przez absolwentów Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej, doczekało się tym razem, czyli w miniony weekend, kieleckiej premiery. Po sobotnim spektaklu twórca, i teatru, i przedstawienia - Piotr Sieklucki powiedział, że to bodajże szósta taka premiera, pewno będzie ich więcej, a warto.
„Griga” według opowiadań Antoniego Czechowa jest autorskim przedstawieniem młodego krakowskiego aktora, a znaczy to tyle, że Sieklucki sięgnął do opowiadań rosyjskiego pisarza, by dzięki nim opowiedzieć własną historię. Podobnie było kilka miesięcy temu w Kielcach gdy Piotr Sieklucki tym razem zaczerpnął z powieści i opowiadań Marka Hłaski i stworzył na naszej scenie spektakl „Pijany na cmentarzu”, który jest nie tyle jego historią, ile jego widzeniem historii, zmaganiem się z jej interpretacją. To już poważny spektakl, do którego można mieć wiele uwag i zastrzeżeń, ale trudno przejść obok obojętnie. „Griga” jest propozycją zupełnie inną, to bardziej humorystyczna opowieść dziejąca się w ramach czasowych pijackiego wieczoru, bądź wieczorów wiadomo, że w tych okolicznościach można łatwo zatracić poczucie czasu więc jest to opowieść o młodych jeszcze osobach, ale już na swój sposób przegranych swoista wizja przyszłości ludzi wchodzących w dorosłe życie, to jacy będą za kilkanaście, kilkadziesiąt lat.
Bohaterowie Czechowa są inteligentami carskiej Rosji: tytułowy Griga (Dominik Nowak) porzucający blichtr stolicy i nieudane małżeństwa uciekając, w myśl nauk Lwa Tołstoja i powszechnej wówczas w Europie chłopomanii na wieś, by tam prowadzić idylliczne, spokojne choć pracowite życie w zgodzie z naturą. Sonia (Aneta Wirzinkiewicz) porzucająca studia dla pogardzanego przecież wówczas zawodu aktora, wreszcie Pietka (Piotr Sieklucki) carski urzędnik, który z powodu jednorazowego, przygodnego romansu traci ukochaną żonę. Piotr Sieklucki w rosyjskie postaci sprzed wieku wkłada polskich przyjaciół początku wieku XXI, ale jak to jest w dzisiejszych postmodernistycznych czasach, trudno tu mówić o jakimś prostym przełożeniu. Nie ulega wątpliwości, że autor adaptacji doskonale bawi się soczystą prozą Czechowa i doskonale czerpie z tej skarbnicy ludzkich charakterów, wahań, rozterek i naturalnego komizmu. Nie jesteśmy przecież tak bardzo różni, wewnętrznie różni, od ludzi sprzed stu czy więcej lat i to swoiste uwspółcześnienie Czechowa wciąż w dekoracjach i w klimacie Rosji końca XIX wieku bardzo jest wiarygodne i nic dziwnego, że publiczność odbiera spektakl rewelacyjnie. Trochę jak sięgnięcie do rosyjskiej duszy i rosyjskich literackich stereotypów przez innego młodego twórcę - Rafała Kmitę, który dziesięć lat temu stworzył quasi kabaretowy spektakl „Wszyscyśmy z jednego szynela”. Mówię o tym, bo i Piotr Sieklucki grywa w jednym ze spektakli Kmity i dlatego, że obydwaj potrafią bardzo twórczo i broń Boże na klęczkach, odczytywać na nowo, zdawałoby się całkowicie zapomniany kanon światowej literatury i robią to, i dla zabawy, i inteligentnie, co się nieczęsto dziś zdarza.
Oczywiście zabawa tekstem nic by jeszcze nie znaczyła, gdyby nie gra aktorów, w spektaklu Siekluckiego dosadna, miejscami przerysowana, pełna ekspresji z niezwykle wyrazistą mimiką , z pijackim bełkotem, który przecież dla widza musi być zrozumiały to się doskonale udało. Do tego dochodzi szczypta interaktywności, musi być trochę „tykania” widzów, dosłownego wciągania ich w grę, by spektakl się udał odnoszę wrażenie, że tak są dziś uczeni wszyscy młodzi twórcy sceniczni. No i mamy na początku spektaklu częstowanie wódką w bardzo rosyjski, a może polski, a może słowiański sposób. Mówiąc już o samej grze - sam Sieklucki jako Pietia najbardziej mi się podobał, bo zagrał postać rozpaczliwie żałosną, co w konwencji komedii oznacza najbardziej komiczną. Aneta Wirzinkiewicz jako Sonia, niby towarzyszyła tylko pijanym kolegom, ale wygłosiła też, przełamując w miarę jednolitą konwencję komedii, bardzo mocny monolog o sobie samej, czyli aktorce, o sensie gry, o sensie uprawiania tego zawodu, niby stary tekst, a jakże dziś aktualny, gdy jeszcze do niedawna aktorstwo, podobnie jak choćby dziennikarstwo czy profesję nauczyciela rozumiano trochę niczym posłannictwo, a dziś wszystko to z powrotem zeszło na psy, spauperyzowało się i niemal każdy człowiek „z ulicy” może te zawody wykonywać. Niby komedia, a jednak?
Zobaczyliśmy w ten weekend w „Pokoju Becketta” kieleckiego teatru bardzo dobre przedstawienie, jest jeszcze okazja, by zobaczyć je pod koniec tego tygodnia. Oczywiście gorąco polecam.
Ryszard Koziej, Radio Kielce S.A.
emisja: poniedziałek, 17 września w programie „W kręgu wartości”.
|
|