|
"Chcieliście Europy, no to ją macie."
Chcieliście Europy, no to ją macie i nie skumbrie w tomacie i nie pstrąg, tylko tysiące kurczaków bez główek - chciałoby się strawestować Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Chciałoby się, ale się nie da, bo debiutancka sztuka Łukasza Rippera, młodego inteligentnego Polaka pracującego na wózku widłowym w jakiejś fabryce w Szkocji raczej nie powinna być porównywana z żadnym klasycznym dziełem naszej literatury. Nie dlatego, że jest wybitna i nieporównywalna, ale dlatego, że debiutancka po prostu, czyli uczeń długo jeszcze musi terminować u mistrzów.
Prapremierę dramatu "Zabić superwajzora jak 14 tysięcy kurczaków" Teatr imienia Stefana Żeromskiego w Kielcach wystawił w minioną sobotę i niedzielę. Widać, że reżyser, też debiutant w tej roli, aktor Teatru - Dawid Żłobiński - dwoił się i troił, by z niedojrzałego jeszcze tekstu zrobić spójne, logiczne i realistyczne przedstawienie. Te wysiłki trzeba koniecznie docenić, bo pomysł na konstrukcję realistycznej fabuły, z realistyczną narkotyczną wizją w odrealnionej przestrzeni był doskonały i jest wyraźnie widoczny na scenie.
Rzecz dzieje się w "fabryce kurczaków" - jakiejś chicken factory gdzieś na Wyspach Brytyjskich. Dwaj Polacy, młodzi inteligentni ludzie, z których jeden na pewno jest po studiach, w poszukiwaniu już nie lepszego życia, bo tak mówiło się o motywach emigracji w czasach PRL, ale w poszukiwaniu pieniędzy na usamodzielnienie się w Polsce, pracują fizycznie w owej fabryce a konkretnie zarzynają kurczaki - 14 tysięcy dziennie, bo taka jest norma wyśrubowana przez głównego bohatera. Nietrudno się domyślić jak wygląda dzień pracy i dzień po pracy bohaterów - odmóżdżona wegetacja. Dopóki taki obraz obserwujemy na scenie, dopóki posługują się głównie równoważnikami zdań, w których co drugie słowo to przekleństwo, wszystko jest OK, gorzej, gdy bohaterowie zaczynają zastanawiać się nad swym bytem i sensem istnienia. Niech się zastanawiają, ale nie wypowiadając banalne formuły! Później jest już lepiej, bo oto mamy narkotyczną wizję, która jest jak najbardziej realistyczna /na marginesie, trzeba niestety tego doświadczyć, żeby docenić projekcję autorów spektaklu/, później mamy kaca po wizjach i wreszcie finałowy monolog bohatera - krzyk pustki i rozpaczy - znów niestety banalny, ale za to świetnie zagrany i oprawiony scenograficznie.
Nota bene największym atutem tego spektaklu jest właśnie scenografia Łukasza Błażejewskiego. Poszerzenie przestrzeni kameralnej sceny prostym zabiegiem z lustrem, rewelacyjne operowanie światłem budującym klimat ni to rzeźni, ni to prosektorium, w każdym razie miejsca zimnego odczłowieczonego, odrealnionego, w niesamowity sposób koresponduje z wewnętrzną pustką bohaterów. Jeśli dodać do tego świetną projekcję wideo Pawła Piskorza podczas narkotycznej wizji i pomysł prezentacji groźnej superwajzorki wyłącznie w lustrze, całość staje się precyzyjną, logiczną kompozycją idealnie nadrabiającą niedostatki tekstu. W rolę głównego bohatera - Cherlawego - wcielił się reżyser Dawid Żłobiński i to najlepsza rola w tym spektaklu. Aktor jest wiarygodny i w pełni przekonujący. Całkiem dobrze wypadł w roli Wody Artur Słaboń, choć moim zdaniem w premierowym przedstawieniu grał trochę na jednej nucie.
Dyrektor Teatru Piotr Szczerski, gdy kilka lat temu reaktywował Małą Scenę nadając jej nazwę "Pokoju Becketta" zapowiadał, że będzie to miejsce także teatralnych eksperymentów i właśnie ten projekt, posługując się modną dziś terminologią, na takie miano zasługuje. Młodzi kieleccy aktorzy eksperymentowali, wyszło im całkiem nieźle, był to też eksperyment dyrektora Teatru, wszak autorem sztuki jest jego syn, nieobecny na premierze, bo przecież pracuje w jakiejś szkockiej fabryce, co prawda nie zarzyna kurczaków, ale zna te klimaty jak nikt inny i swoją wiedzą dzieli się teraz z młodymi kielczanami, z których bardzo wielu do jakiś fabryk jakiś kurczaków w najbliższym czasie trafi. W takim znaczeniu eksperyment z "Pokoju Becketta" jest potrzebny i jest udany.
Ryszard Koziej
Radio Kielce SA
|
|