index.html

Jak za PRL-u

Było strasznie, było śmiesznie lecz trochę za długo - tak można by w skrócie podsumować ostatnią premierę teatru im. Żeromskiego.

Młody reżyser Piotr Sieklucki znany z tego iż od adaptacji konkretnych sztuk woli składać sceny z różnych utworów znanych autorów i z nich tworzyć odrębne historie, tym razem zainteresował się Markiem Hłasko. Trochę zapomnianym wielkim buntownikiem odważnie głoszącym prawdę o Polsce stalinowskiej, którego książki latami były zakazane przez cenzurę.

Bohaterem Pijanego na cmentarzu jest Franciszek Kowalski, znany z Cmentarzy Marka Hłaski. Młody, zapalony działacz partyjny, prawa ręka sekretarza miejskiej organizacji Lepsze jutro, który bezwzględnie wykorzystuje stanowisko gnojąc ludzi za absurdalne przewinienia np. posiadanie psa o imieniu Samba. Postać to wyjątkowo antypatyczna, w imię ideałów potrafi zadenuncjować własnego ojca, a dla zabawy skazać człowieka na śmierć. Kiedy sam za obrazę partii spada ze stołka i musi oddać legitymację partyjną na próżno żebrze o pomoc u rodziny i znajomych. Zostaje mu tylko wódka. Na scenie jak w kalejdoskopie pojawiają się ludzie: rodzice, znajomi, przyjaciele, towarzysze. Łącznikiem między nimi jest Franciszek. Każda z tych scen to swoista perełka, to pogubić się można w ich natłoku. Mnogość wątków i spraw przeszłości i teraźniejszości jest tak duża, że zaczyna ginąć to, co najważniejsze. I nagle widz czuje się jak na przeglądzie etiud filmowych.

Aktorzy czują się w nich jak ryby w wodzie. Edward Janaszek odgrywający pijaka i przyjaciela z dawnych lat jest groteskowo śmieszny i tragiczny, Pawł Sanakiewicz w trzech wcieleniach doskonały, dorównują mu towarzysze: Mirosław Bileiński, Marcin Brykczyński I Janusz Głogowski, oraz para seniorów, grający rodziców: Maria Wójcikowska i Edward Kusztal. Rewelacyjną kreację stworzył Dawid Żłobiński, jego kelnerka jest jakby żywcem przeniesiona z filmów Barei a na potrzeby roli aktor nauczył się nawet robić na drutach. Nowa w kieleckim zespole Marzena Ciuła pokazała, że ma nie tylko ciało, ale także talent i wspaniały głos. Słuchanie piosenek w jej wykonaniu to prawdziwa przyjemność. Hubert Bronicki w roli Franciszka był przekonywujący jako prawa ręka sekretarza POP, w drugiej części zdecydowanie mniej.

Bardzo wiele scen pokazujących absurdy PRL-u przyjmowano śmiechem, jednak zamarł on kiedy zebranie partyjne zaczęło się toczyć nie na scenie a na sali i wszyscy widzowie stali się niemymi świadkami upadlania ludzi. Na protest zdobyła się część widzów, którzy odmówili powstania i odśpiewania Międzynarodówki. Pomysł z rozsadzeniem aktorów między widzami był bardzo dobry. Także zastosowanie kamery i wyprowadzenie akcji poza scenę, kiedy podążamy za bohaterem do komisariat dało efekt piorunujący.

Sieklucki spróbował opowiedzieć o tragicznych czasach PRL dostępnie czyli z humorem. Dla starszych był to taki śmiech przez łzy. Młodzież powinna bawić się wychwytując odniesienia do współczesności: Giertycha, Gilowskiej, Łyżwińskiego i Anety Krawczyk. Nie sposób jednak nie zauważyć dramatu pokolenia PRL-u o którym Hłasko pisał: "Szliśmy do życia a przywiedli nas na cmentarze. Nie znamy nic prócz terroru i rozpaczy".

Lidia Cichocka, Echo Dnia, 28 maja 2007