|
Hłasko z Internetu - czarna komedia
Jeżeli nie ma w księgarni książki, którą potrzebuję, to po prostu kupuję ją w Internecie. Piotr Sieklucki przyznał w rozmowie z dziennikarzami, że tak właśnie dotarł do tekstów Hłaski.
Opowiadania legendarnego buntownika PRL-u nie są wznawiane, nie ma takiej rynkowej potrzeby. W Internecie mogę kupić wszystko, no problem, cały PRL jest do kupienia, jakiś jest. Młodzi twórcy, rocznik '80, nie znając z autopsji tamtego czasu, poznają PRL właśnie w ten sposób. Wszystko poznają w ten sposób, wybierają to, co potrzebują z Internetu. Signum temporis.
Przedstawienie Piotra Siekluckiego rozpoczyna się projekcją na ekranie wyrywków filmów Stanisława Barei. Gdzie Hłasko a gdzie Bareja? Prowokacja, mocny akcent na początek? Później już Hłasko rzeczywiście, fragmenty jego opowiadań, które pamiętam dobrze, ba, mam je zapisane w pamięci w bardzo jednoznacznym, silnym kontekście. W szarym, obłudnym, męczącym czasie lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, gdy wszyscy pamiętali zryw "Solidarności", a nie wolno było mówić prawdy, nie wolno było cieszyć się nieodległym czasem wolności, pochłaniałem książki "drugiego obiegu", Hłasko drukowany na powielaczu był bardzo ważną częścią tamtej lektury, ale też wszyscyśmy wiedzieli, moje pokolenie wiedziało, że nawet gdy ktoś nas przyłapie na lekturze zakazanych książek, nie pójdziemy za to do więzienia, gnijący ówczesny komunizm żadnej krzywdy nam nie zrobi. Poznawaliśmy najnowszą historię wiedząc, że ten idiotyzm po prostu musi się skończyć. I się skończył. W czasach Hłaski wykańczał ludzi, jednych w więzieniach, innych na emigracji, gdy proszki nasenne popijali wódką.
Dla Piotra Siekluckiego PRL to monolit, karykaturalny, fakt że straszny, ale przecież śmieszny, jak filmy Barei. Reżysera śmieszy motyw zebrania podstawowej organizacji partyjnej z obowiązkowym elementem samokrytyki. U Hłaski, u Myśliwskiego, u Redlińskiego ten motyw jest obecny jako przykład niszczenia ludzi, śmieszny pozornie, karykaturalny pozornie, w rzeczywistości obnażający istotę totalitaryzmu, przerażający. U Siekluckiego nie ma przerażać, ma śmieszyć, jak w czarnej komedii. Wrażliwi bohaterowie Hłaski, nie wytrzymujący napięcia, o którym pokolenie Piotra Siekluckiego niczego nie dowie się z Internetu, zapijają swój brak miejsca w świecie znajdując jedyne miejsce w knajpie, w której jest tylko wódka. W przedstawieniu to głównie ciąg śmiesznych skeczy i widzowie się śmieją. Widzowie cały czas się śmieją, namawiani wstają z miejsc, by odśpiewać "Międzynarodówkę". Część wstaje i śpiewa, część nie, tekst jest wyświetlany na ekranie, interakcja jest prowokacyjna, ale sam pomysł śmieszny przecież, bawimy się, jak zabawny jest obraz PRL-u w Internecie.
Spektakl tak został pomyślany, rzecz nie dzieje się wyłącznie na scenie, rzecz ma nas otaczać, widzowie mają w tym wszystkim uczestniczyć. Przedstawienie w multimedialny sposób wykracza poza przestrzeń sceny, areszt z opowiadania Marka Hłaski to jedno z pomieszczeń zaplecza teatru, gdzie widzowie dosłownie wchodzą podążając za obrazem wszechobecnej dziś kamery telewizyjnej, widzowie obserwują też siebie na ekranie, jesteśmy filmowani cały czas, jesteśmy obnażeni, jesteśmy goli i bezbronni, tyle że w czasach Hłaski tak chciała partia i było to przerażające, a w naszych czasach to po prostu reality show, a jeżeli owego reality za mało, kończy się to aluzją polityczną do mechanizmu lustracji i tyle, i właśnie na taki śmiech się dziś godzimy.
Piotr Sieklucki zgotował nam czarną komedię z tragicznym podtekstem, tak grają aktorzy, role są przerysowane i karykaturalne, w tej konwencji doskonale sprawdza się Paweł Sanakiewicz, który z czterech swoich kreacji, każdą tworzy bardzo wyraziście i przekonująco. Świetny jest Dawid Żłobiński - od początku do końca umowny, wreszcie doskonały jest Hubert Bronicki, grający główną postać Franciszka, gdyby nie jego kreacja, pogubilibyśmy się całkowicie w postmodernistycznej - zlepionej z różnych konwencji materii tego spektaklu.
O to pomieszanie nie mam pretensji do Piotra Siekluckiego, nie mogę mieć pretensji do jego pokolenia, że nie odnajduje się w ocenie nieodległej historii, o której wcześniejsze pokolenie, znające ją doskonale, nie potrafi wypracować jakiejś wyrazistej i przekonującej opinii. Prawda jest taka, że czas PRL-u wciąż w naszej literaturze jest ziemią nieznaną, swoistą terra incognita. Stąd młody twórca stąpa po tej ziemi po omacku, znikąd światła, znikąd pomocy. Nie mam do niego pretensji, mogę mieć wyłącznie do siebie, bo nie czytam już Hłaski, wolę filmy Barei. Tak jest wygodniej.
Ryszard Koziej
Radio Kielce SA.
emisja w programie "Spotkania z kulturą" 28.05.2007 r.
|
|