index.html

Czy to jest normalne?

Sztuka jest o naszym pogubieniu się w tym, co dotąd traktowaliśmy jako własne przekonania, nieważne, czy wynikające z głębokiej wiary, czy jedynie z uznawanych konwencjonalnych norm.

Recenzja “Wielebnych” Sławomira Mrożka w reżyserii Grzegorza Chrapkiewicza. Premiera 29.10.05

Staram się być tolerancyjny, ale nie bardzo mi wychodzi. Z pokoju mojego syna co jakiś czas wybuchają rzężenia, bo inaczej tego nie można nazwać, heavymetalowych wokalistów. Jeszcze gorzej, gdy umawia się z kolegami na sesję sieciowej gry, podczas której młodzi ludzie wcielają się w postaci mające za zadanie ukatrupić jak najwięcej potencjalnych wrogów. Krew leje się strumieniami. Jak każdy ojciec starający się wychowywać dzieci w duchu tolerancji, bywam bezradny i myślę wtedy, co z mej latorośli wyrośnie.

Kielecka inscenizacja “Wielebnych” Sławomira Mrożka rozpoczyna się efektowną projekcją wideo na trzech ekranach, które później jedyne będą zamykać przestrzeń sceniczną według pomysłu Pawła Walickiego. Projekcje komputerowe Adama Kellera, pełne przemocy typowej dla gier zwanych strzelankami, czy dosadniej: rąbankami w takt muzyki Marylin Manson, przywołują już na samym początku pytanie o to, co z tego wszystkiego wyrośnie, w jakim kierunku podąża nasza cywilizacja. Pytania wielkie, bo i po dramacie Mrożka możemy się spodziewać pytań uniwersalnych, tak jak dzisiejsze czasy, globalnych. Tak też jest w istocie. W teatrze groteski autor swobodnie posługuje się stereotypami i u Mrożka zawsze tak było, jest i teraz. Bez małych konkretnych aluzji, ale z aluzjami globalnymi. Sztuka nie jest o małej protestanckiej parafii, do której przez biurokratyczną pomyłkę, zamiast jednego nowego pastora trafia dwoje wielebnych. Dwoje, bo jednym z nich jest kobieta a drugim - żeby było ciekawiej - Żyd. Sztuka jest o naszym pogubieniu się w tym, co dotąd traktowaliśmy jako własne przekonania, nieważne, czy wynikające z głębokiej wiary, czy jedynie z uznawanych konwencjonalnych norm. Głębokie przekonania to na przykład wiara. W spektaklu jej nie ma, są pseudoteologiczne sylogizmy Wielebnej Glorii Burton. Konwencjonalne normy to choćby stereotypy na temat Żydów, tych z kolei w sztuce jest celowy nadmiar. Celowy, bo przez ich historyczną powtarzalność nikt normalny w nie nie wierzy. Dzisiejszy świat stara się być tolerancyjny, odrzuca antyżydowskie stereotypy, pozostawiając je oszołomom, ale dzisiejszy świat doby globalnej komunikacji przestał też wierzyć w jakiekolwiek ograniczenia, jak ktoś chce być antysemitą, jego sprawa, chce mordować innych w komputerze, niech sobie morduje a jak efektem tego jest podkładanie bomb, to póki są małe i zbyt dużo szkód nie czynią, to w sumie w czym problem?

Reżyser “Wielebnych” Grzegorz Chrapkiewicz zapowiadał, że poprowadzi aktorów w kierunku psychologicznej budowy ról, co w teatrze groteski może być ryzykowne, bo to ingerencja w samą strukturę dramatu. Tę pracę widać, jednak wszędzie tam, gdzie groteskowe przerysowanie roli jednak dochodzi do głosu, więcej chyba prawdy widzimy w scenicznej postaci. Stąd najbardziej wyraźni stają się aktorzy drugiego niejako planu. Przykładem może być Ciotka Róża w wykonaniu Teresy Bielińskiej świętującej tą rolą swoje 25-lecie pracy scenicznej. Jej stereotypowa amerykańska bogata Żydówka kipi energią, i choć charakterystyczna, jakąś jednak psychologiczną prawdą. Równie mocne, groteskowe, a jednak prawdziwe w swoim wariactwie role stworzyli Ewa Józefczyk i Mirosław Bieliński grający małżeństwo podstarzałych hipisów - ideowych sprawców stawianych dzisiaj pytań oraz Dawid Żłobiński jako Cziko - młodociany satanista, który prawie nic nie mówi, bo nic nie ma do powiedzenia.

O wiele trudniejsze zadanie mieli tytułowi bohaterowie, jak zagrać groteskę, by nią nie była. Przede wszystkim ich role są konsekwentne. Justyna Sieniawska w roli wielebnej Glorii Burton połączyła udanie ogień z wodą – nie jest bezwzględną i pragmatyczną kobietą-duchownym udającą miłą dziewczynę, ale jest rzeczywiście miłą dziewczyną, będąc jednocześnie właśnie bezwzględną i pragmatyczną kobietą. Debiutujący w teatrze – to jego przedstawienie dyplomowe – student wrocławskiej szkoły teatralnej Krzysztof Mateusiak już nie musi grać przeciwieństw. Pokazał na scenie młodego człowieka, który w roli duchownego szuka, bo przecież znaleźć nie może, próby ucieczki od traumy pochodzenia. To w kieleckim przedstawieniu najmniej groteskowa a najbardziej udana psychologicznie postać. Także Małgorzata Andrzejak jako Mrs Simpson i Paweł Kumięga jako Tomasz stworzyli postaci psychologicznie przekonujące.
Sławomir Mrożek w dramacie “Wielebni” kolejny raz stawia odwieczne teatralne pytanie o normalność nas i otaczającego nas świata i kolejny raz odpowiada, że z tą normalnością nie jest dobrze. W istocie tytułowi wielebni nie są zwyczajnymi duchownymi, rada parafialna okazuje się zbrodniczą organizacją psychopatów, a finał przedstawienia to cudowna parodia wszystkich bajkowych zakończeń mrożących krew w żyłach opowieści. Jednak tu nic nie było i nie jest normalne.

Moje dziecko (na szczęście nie cały czas) słucha metalowej muzyki i rąbie toporem jakiegoś potwora w komputerowej grze, a ja staram się to zrozumieć, na szczęście tylko od czasu do czasu. Czy to jest normalne?

Emisja w Radiu Kielce w programie “Kulturalna Niedziela” 30.10.05.

Ryszard Koziej, RADIO KIELCE