Praca w toku?

Kilkakrotnie oglądałem spektakle, które obok tytułu umieszczały w nawiasie angielskie słowa "work in progress". Czyżby ten zwyczaj przywędrowała również do naszego Teatru im. Stefana Żeromskiego w Kielcach?

Wprawdzie w programie do przedstawienia nie znalazłem wymienionego wyżej określenia ale za to po spektaklu dyrektor teatru przedstawiając reżysera i wykonawców powiedział, miedzy innymi, że praca nad przedstawieniem będzie trwała dalej. Więc jednak.

Mowa o "Białych nocach" Fiodora Dostojewskiego w reżyserii Krzysztofa Jaworskiego wystawionych na Małej Scenie kieleckiego teatru, zwaną Pokojem Becketta i służącej teatralnym eksperymentom.

Można powiedzieć, że eksperymentalna była scenografia. Dwa białe prostokąty. Jeden duży, zamontowany równolegle do widowni, będący tłem akcji .Drugi mniejszy, przylegający do lewej kulisy patrząc od strony widowni, a nad nim zawieszone w pewnej odległości od siebie trzy baloniki.. Mniej więcej pośrodku sceny ustawiono, w bardzo nowoczesnym kształcie, ławkę. Miejsce spotkań bohaterów, Nastki i Fiodora. Prosto, skromnie, oszczędnie, funkcjonalnie i metaforycznie. Dominująca biel symbolizowała i petersburskie białe noce i poczciwość postaci ale także podkreślała pewną niezwykłość sytuacji w jakiej się znaleźli, czystość łączącego ich uczucia. Baloniki symbolizowały z pewnością miłosny trójkąt będący treścią opowiadania. Były też odpowiednio dopasowane do charakteru bohaterów kostiumy. Szara, za duża marynarka Fiodora podkreślała jego zagubienie i nieprzystosowanie a czerwone elementy stroju Nastki świadczyły, że miłość i namiętność nie są jej obce.

Jeśli więc oprawę plastyczną można zaakceptować, to pozostałe elementy spektaklu już, niestety, nie do końca.

Reżyser nie potrafił poprowadzić aktorów, przez to uwiarygodnić historię samotnika i marzyciela Fiodora oraz oczekującej na powrót ukochanego Nastki. Przypadkowe spotkanie tych dwojga i ich niespełniona miłość pokazana została w sposób zupełnie nieprzekonujący. Agnieszka Jaworska w roli Nastki mówiła tekst w jednakowej, denerwującej, infantylnej manierze, a sposób w jaki się poruszała i gestykulowała, były rodem z amatorskiego teatru. Opowieść o babci, lokatorze, wizycie w teatrze brzmiała monotonnie. Jedynie czerwona torebka, z którą się nie rozstawała symbolicznie uzewnętrzniała jej emocje i mogła być sygnałem ostrzegawczym dla Fiodora. Lepiej aktorsko radził sobie, grający Fiodora, Dawid Żłobiński. Wydobył z tekstu fragmenty, które także w sposób humorystyczny pokazywały graną przez niego osobę. To od czasu do czasu dodawało barw sytuacji scenicznej, a rola stała się bardziej dwuznaczna i wiarygodna. Bliska postacią z prozy Dostojewskiego.

Monotonię spektaklu dodatkowo podkreślały kilkakrotne wyciemnienia oddzielające kolejne spotkania bohaterów. Także opracowanie muzyczne to dziwny miszmasz.

No, ale jeśli to tylko "work in progress", to wszystko jeszcze można poprawić.

Grzerorz Cuper