Rzemiosło najwyższej próby

            Nie jest tajemnicą, że młodym adeptom sztuki aktorskiej na pierwszym roku studiów  teatralnych wbija się do głowy, iż nie wyimaginowany talent, lecz ciężka rzemieślnicza praca decyduje o scenicznym sukcesie. Pięć procent talentu, pięć procent szczęścia i dziewięćdziesiąt procent fachowego rzemiosła - to przepis na dobrego aktora według nieżyjącego już  profesora Bohdana Korzeniewskiego, który to przepis usłyszałem wiele, wiele lat temu, a dziś przydaje  się idealnie, gdy przychodzi mi ocenić pracę aktorów na scenie.
            Wspominam ów przepis, bo reżyserem komedii "Mąż zdradzony czyli Amfitrion" Plauta, której premiera odbyła się w minioną sobotę w Teatrze imienia Stefana Żeromskiego w Kielcach jest inny wieloletni nauczyciel aktorskiej młodzieży -  profesor Bogdan Hussakowski z Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie. Niektórzy kieleccy aktorzy pobierali nauki u mistrza Hussakowskiego, inni od razu poddali się jego pedagogicznej mocy. Powstał spektakl, który można śmiało określić mianem solidnej rzemieślniczej roboty. W dzisiejszych czasach, gdy twórcy, by zostać zauważonymi, często silą się na fajerwerki i zaniżają poziom do coraz bardziej głupawej średniej, to rzecz wielka. Po pierwsze autor. Rzeczywiście prawie nikt już nie sięga po antyczną komedię, może gdzieś tam od czasu do czasu pojawi się nieśmiertelna grecka "Lizystrata" Arystofanesa, ale żeby Plaut? Okazuje się, że jest tak samo aktualny, jak był ponad dwa tysiące lat temu - ludzkie uczucia są przecież te same, tylko w innych występują kostiumach.
            Sztuka Plauta to rzecz o małżeńskiej miłości narażonej na zdradę. Zdradzają nie ludzie, a bogowie. W ogóle bogowie mieszają w ludzkich umysłach i stąd wszelkie kłopoty. Takie mówienie dziś  wydaje się strasznym uproszczeniem i słusznie, ale gdy głębiej się nad tym zastanowić, to przecież filozoficzna i literacka dysputa o granicach ludzkiej woli, o nieprzewidywalności naszych decyzji, o normach etycznych, które często łamiemy wbrew sobie, wreszcie o pewności a raczej niepewności własnych niewzruszonych  przekonań jest tak stara, jak pisarstwo Plauta i jeszcze starsza.
            Na scenie tej dysputy nie mamy, bo i po co, na scenie twórcy spektaklu zaprezentowali niemal w oryginale świetnie przetłumaczoną wierszem przez Ewę Skwarę antyczną sztukę. Mamy więc antyczny język i scenografię prawie niewidoczną, za to komicznie stylizowane na antyk kostiumy Ewy Braun. Mamy wreszcie doskonałą zabawę i tekstem i kostiumem samych aktorów, którzy w mistrzowski sposób poradzili sobie z wierszem komedii. Może grający tytułową postać Amfitriona Hubert Bronicki nieco recytował swoje kwestie,  pozostali pozwolili unieść się  rytmowi i w rezultacie odegrali postaci na wskroś charakterystyczne i bezwzględnie komiczne. Rewelacyjny był Mirosław Bieliński jako Sozja - to swoisty aktorski popis. Zagrał służącego, jakiego znamy z całej historii literatury - tchórz, a jednak w skrajnych sytuacjach pełen odwagi, leń, a jednak dysponujący niespożytą energią. Rewelacyjna Marzena Ciuła jako Alkmena - żona Amfitriona - antyczna, a jednak na wskroś współczesna. Zupełnie inaczej swoją rolę Bromii potraktowała Joanna Kasperek - jej stylizacja na antyczną komediową postać w geście i mimice była perfekcyjna. Świetny Paweł Sanakiewicz jako Jowisz - majestat i pycha w komicznym wydaniu. Wreszcie Dawid Żłobiński jako Merkury niespożytej energii.
            Spektakl trwa dwie godziny bez przerwy. Jest klasycznyw dosłownym tego słowa znaczeniu i w żaden sposób nie nuży. Najprostszy eksperyment Bogdana Hussakowskiego, by odkurzyć stare dzieło, bez żadnych udziwnień, udał się nad wyraz. Spragnionym relaksu nie przy głupawej telewizji ale w otoczeniu komicznej klasyki tę sztukę serdecznie polecam.

Ryszard Koziej
Radio Kielce SA