ROMEO I JULIA
Postmodernistyczny sen
Pomysł na wystawienie tragedii Williama Szekspira "Romeo i Julia" w kieleckim teatrze to przeciwstawienie złej pełnej nienawiści, nietolerancji i wojen rzeczywistości pięknego, czystego uczucia tytułowych bohaterów. Jednocześnie oskarżenie, że w takim świecie nie ma miejsca na miłość, dobro, zgodę.
Jak ta interpretacja została zrealizowana? Niestety bardzo ilustracyjnie i bardzo niekonsekwentnie. Już sama scenografia w sposób dość nachalny narzuca kierunek myśli reżysera. Odrapane, szare, ponure mury domów Werony i przypominający bardziej rusztowanie, podpierające zaniedbane budowle, drewniany balkon. Realistycznie i łopatologicznie. W złym świecie musi być brudno i obskurnie. Podobnie mieszkanie Kapuletich. Współczesny, nowobogacki salon urządzony w kiepskim guście. Jednoznacznie określa charakter i mentalność gospodarzy.
Za to kostiumy - istna mieszanka. Obok postaci ubranych i uczesanych zupełnie współcześnie dużo elementów, zapożyczeń w dawniejszym stylu. Pewnie tak wydaje się ponadczasowo, zawsze aktualnie, uniwersalnie. Dlaczego w takim razie w scenie balu dominują stroje z epoki? Układ choreograficzny tylko częściowo do niej nawiązuje.
Podobnie z opracowaniem muzycznym. Muzyka z różnych lat i stron. Początkowo niepokojąca, wprowadzająca nastrój zagrożenia, nagle w scenie rozterek Julii pobrzmiewa wręcz rozrywkowa melodyjka.
Również od strony aktorskiej spektakl pozostawia wiele do życzenia. Wykonawcy ról tytułowych (Zuzanna Wierzbińska i Maciej Pesta) w monologach i dłuższych wypowiedziach zupełnie nie przekonują. Szekspirowski wiersz w ich interpretacji traci swą siłę i piękno. Nadmiar ruchów i gestów Julii w scenach na balkonie wręcz śmieszy i przypomina dziewiętnastowieczne aktorstwo. Pozostali wykonawcy w większości posługują się chwytami z farsy i groteski, do czego zresztą są przyzwyczajeni, bo teatr głównie taki repertuar do niedawna im zapewniał. Tak prowadzą swoje rolę, między innymi, Artur Słaboń jako sługa Grzegorz, czy Adam Molak jako Parys. Natomiast w charakteryzacji i w sposobie interpretacji tekstu, jak z operetki wygląda i gra, w roli księcia Eskulasa, Andrzej Cempura. Na tym tle wyróżnia się Paweł Sanakiewicz odtwarzający postać ojca Laurentego. To bardziej zastraszony i przerażony czarownik usiłujący przy pomocy wręcz nieziemskich mocy pomóc zakochanej parze, niż zakonnik. Mam jednak wrażenie, że aktor zbyt celebruje tembr głos i za bardzo zajęty jest jego modulacją. Stąd pojawia się pewna manieryczność w interpretacji tekstu.
Uwagę zwraca w roli Pani Kapuleti Joanna Kasperek-Artman. Pokazuje dwie zupełnie inne twarze postaci. Zatroskana matka, ale także uwodząca starającego się o rękę córki Parysa i zdradzająca żona. Jej kostium, a zwłaszcza zachowanie momentami przypomina postać z telewizyjnej opery mydlanej. Zbyt blado wypada Merkucjo w wykonaniu Wojciecha Niemczyka. W sztuce postać, która jest nośnikiem komizmu, prowadzi zabawną grę słów ze swoimi rozmówcami, zaskakuje ostrymi przemyśleniami na temat miłości. Aktor nie wszystko to potrafi czytelnie przekazać. Wiele ze znakomitych określeń Szekspira, wypowiadanych zbyt monotonnie, gdzieś umyka. Druga, również wprowadzająca dużo komicznych elementów postać to niańka Marta. Grająca ją Ewelina Gronowska-Ośko głównie biega, posługuje się krzykiem i zamaszystych gestów. Przy tym fryzura - dredy, strój i młody wiek sugerują, że to bardziej przyjaciółka - rówieśniczka Julii niż niańka.
Odniosłem wrażenie, że brak jest jednej wspólnej koncepcji gry aktorów, pokazania emocji, pracy nad interpretacją tekstu. Pewnie dlatego każdy robi to, "co mu w duszy gra" i o żadnej spójności mowy być nie może.
Oczywiście wszystkie powyższe zastrzeżenia można wytłumaczyć tym, że taki właśnie jest ten straszny, współczesny świat. Teatr powinien jednak umieć posługiwać się skrótem, znakiem, symbolem i w oryginalnej, poetyckiej formie przekazywać treści widzowi. Tym bardziej, że to nie tekst oparty o gazetowy reportaż, ale napisany pięknym, metaforycznym językiem. Taki tautologiczny postmodernizm, śmiem wątpić czy zamierzony, nie posłużył dobrze przy interpretacji Szekspira.
"Obudź się" to jedno z ostatnich słów, w języku angielskim, jakie brzmią w ścieżce dźwiękowej spektaklu. Aż chce się powiedzieć, obudź się teatrze, bo po dobrym rozpoczęciu sezonu ("Samotność pół bawełnianych" Bernarda Marie Koltésa w reżyserii Radosława Rychcika) z premiery na premierę zapadasz w coraz bardziej zły sen.
Grzegorz Cuper

