tlo

"Jednak kabaret"

- recenzja premiery "Rosyjskiej ruletki" Rafała Kmity w reżyserii Dariusza Starczewskiego w Teatrze imienia Stefana Żeromskiego w Kielcach

            Trudno uciec od porównań - "Rosyjska ruletka" - komedia Rafała Kmity, której prapremierowe przedstawienie w reżyserii Dariusza Starczewskiego zaprezentowano w minioną sobotę w Teatrze imienia Stefana Żeromskiego w Kielcach, wywodzi się z programu kabaretowego Grupy Rafała Kmity "Wszyscyśmy z jednego szynela". Program został przedstawiony dwanaście lat temu i jest  przez Grupę grany do dziś. Na stronie internetowej Grupy Rafała Kmity można przeczytać, że po kilku miesiącach od tamtej premiery: "... zespół postanawia zastąpić dotychczasową nazwę "Quasi - Kabaret Rafała Kmity" nową nazwą "Grupa Rafała Kmity". Zmiana ta ma odzwierciedlać przeobrażenie charakteru działań scenicznych." Innymi słowy - więcej teatru w kabarecie. Tak jest w istocie, jednak cała magia scenicznych propozycji Rafała Kmity tkwi w tym, że jest to jednak kabaret, w najlepszym tego słowa znaczeniu.
Inna rzecz, czy kabaretowy program pisany przez Kmitę przecież dla określonego zespołu aktorów - jego grupy - przez niego realizowany w najdrobniejszych szczegółach (znany jest z tego), równie efektownie objawi się na scenie w wykonaniu innego zespołu. Można to od minionej soboty sprawdzić w Kielcach.
Trudno uciec od porównań, co więcej, oryginał przecież zawsze stawiamy na uprzywilejowanej pozycji.  "Rosyjska ruletka" jako dramat wydaje się być, mimo korzeni, inną propozycją od "Wszyscyśmy z jednego szynela". Zamiast  programu kabaretowego o dość luźnej fabule składającego się z pojedynczych skeczy przedzielanych liryczną, bądź zgryźliwą, ale zawsze humorystyczną piosenką, mamy coś więcej - każdy skecz i każda piosenka to jakby osobne sceny, dla których narracyjnym spoiwem jest postać Narratora doskonale zagrana przez Mirosława Bielińskiego. Fabuła komedii jest w istocie czarna, opowiada o człowieku, który wciąż miota się między sennym koszmarem i równie beznadziejną jawą - łóżko ze śpiącym Narratorem pojawia się w kilku scenach komedii. Tę mroczność podkreśla sugestywna muzyka-tło Bolesława Rawskiego, inna, choć świetnie uzupełniająca kompozycje Janusza Wojtarowicza znane już z programu kabaretowego sprzed dwunastu lat.
Skecze pozostają jednak skeczami, kabaretowe piosenki - piosenkami i mimo próby reżysera, by spektakl stał się nostalgiczną, liryczną komedią, oglądamy jednak kabaret. Bardzo dobry kabaret. Kieleccy aktorzy w skeczach Kmity sprawdzają się bardzo dobrze grając różne postaci, dynamicznie i wyraziście prowadząc swoje role, zresztą prawie wszyscy dysponują większym lub mniejszym komicznym emploi, stąd doskonałe kreacje stworzyli i Edward Janaszek i Michał Węgrzyński, także Marcin Brykczyński i Dawid Żłobiński. Świetnie radzi sobie debiutant na kieleckiej scenie Łukasz Pruchniewicz, o drugim z debiutantów Adamie Molaku niewiele jeszcze można powiedzieć, poza tym że "Pieśń kozacza" w jego wykonaniu (i tu niestety porównanie) daleko na niekorzyść odbiega od oryginału Grupy Rafała Kmity. W ogóle z piosenkami jest gorzej, niż ze skeczami, z przyjemnością słucha się jedynie aktorek - Beaty Wojciechowskiej i Marzeny Ciuły-Szczerskiej.
Trudno uciec od porównań, znam wszystkie programy Grupy Rafała Kmity, znam, lubię i cenię. Kieleckie przedstawienie jest inne, to nie spójna komedia, to mimo wszystko kabaret, ale wcale nie gorszy od prezentacji aktorów Kmity. Jeden z nich - reżyser spektaklu Dariusz Starczewski - najwyraźniej zaszczepił w kieleckich aktorach  swoistego ducha wyobraźni Rafała Kmity i chwała mu za to. Każdy, kto lubi się pośmiać, a ma dość cieknącego z telewizorów prostackiego brechtu, na tę sztukę-kabaret do kieleckiego teatru powinien się koniecznie wybrać.

Ryszard Koziej
Radio Kielce SA