ZŁE HORMONYzabawy

recenzja premiery spektaklu "Zabawy na Podwórku" w Teatrze im. S. Żeromskiego w Kielcach

Jakieś trzydzieści, albo więcej lat temu, gdy była jedna telewizja,  popołudniami w paśmie dla młodych widzów, emitowano od czasu do czasu sztuki o tym, jak niegrzeczna bywa młodzież i jak potrafi swą niegrzeczność kamuflować. Źli byli oczywiście wszyscy, którzy nie poddawali się pracy wychowawczej ówczesnych instruktorów od kształtowania postaw etycznych młodzieży.         
Jakoś dziwnie przypomniały mi się tamte czasy, gdy oglądałem w minioną sobotę w Teatrze imienia Stefana Żeromskiego w Kielcach premierowy spektakl: "Zabaw na podwórku" izraelskiej autorki Edny Mazya w reżyserii Julii Wernio. Nie dlatego, że wnioski są podobne, ale dlatego, że o niegrzecznej młodzieży absolutnie nie powinno się pisać i mówić z pozycji dydaktycznej. Młodzież bywa niegrzeczna i wręcz okrutna z różnych powodów, są one najczęściej doskonale znane, wystarczy sięgnąć do podręczników psychologii rozwojowej dzieci i młodzieży. Sztuki dydaktyczne epatują brutalnymi scenami, każą się bać, każą "coś z tym zrobić" i taki jest właśnie dramat izraelskiej pisarki - dramat oparty na rzeczywistym zdarzeniu - komentowanym przez tamtejszą prasę - otóż kilkunastu nastolatków brutalnie zgwałciło swoją czternastoletnią koleżankę. Temat jak najbardziej uniwersalny, bo do takich gwałtów dochodzi wszędzie i wszędzie gwałciciele bronieni są podobnie - ofiara prowokowała, zachęcała wręcz do użycia wobec niej przemocy.
Kielecki spektakl składa się z dwóch wątków zmienianych bezpośrednio na scenie - poznajemy historię tragicznego dnia, dowiadujemy się jak doszło do gwałtu i jesteśmy widzami rozprawy sądowej. Nastolatków i dorosłych grają ci sami aktorzy. Zgwałconą czternastolatkę Dvori a jednocześnie prokurator oskarżającą nastolatków gra Aneta Wirzinkiewicz - świetna jako prokurator, mniej czytelna jako pokrzywdzona dziewczynka. Mniej czytelna, bo z treści sztuki wynika, że jest dzieckiem trochę nieśmiałym, z pewnością wrażliwym, i zgodnie ze swoim wiekiem szuka akceptacji podwórkowych starszych kolegów. To wszystko w grze Anety Wirzinkiewicz jest widoczne, niepotrzebnie jednak do tej gry dodane są elementy, delikatnie mówiąc, pewnej umysłowej ociężałości, to przeszkadza w czytelnym odbiorze postaci. Bardzo czytelnie grają z kolei aktorzy: Hubert Bronicki, Bogusław Kudłek, Artur Słaboń i Michał Węgrzyński potrafili doskonale przekazać groźne połączenie podwórkowej nudy z testosteronem i adrenaliną. Wypełnia ta mieszanina małą przestrzeń kameralnej kieleckiej sceny tak intensywnie, że niemal namacalnie, że niemal da się to nożem kroić. Agresja,  zwierzęcość młodych ludzi, impulsywność, nieobliczalność -  uśpione i co jakiś czas wybuchające gwałtownymi i krótkimi bijatykami - doskonale na scenie udało się pokazać psychikę i fizyczność prawie dorosłych mężczyzn.
Jaki stąd wniosek, taki jak trzydzieści lat temu?
I tak i nie. Po pierwsze młodzież nie jest zła, jest normalna, tyle że ta napęczniała emocjami normalność może być niebezpieczna i trzeba po prostu ją obserwować, i tyle. Natomiast wątek rozprawy sądowej, ani niczego nowego nie wnosi do naszej wiedzy o prawie i sprawiedliwości, ani owego prawa i poczucia sprawiedliwości specjalnie nie oskarża, ani  nie broni, ani tym bardziej nie skazuje. Obrońca jest od tego, żeby bronić, nawet największego drania, oskarżyciel jest od tego, żeby oskarżać, a Temida jest ślepa.

Ryszard Koziej
Radio Kielce SA